Afganizacja Iranu (3)
Afganizacja Iranu (3)
czyli
od piątku bardzo wiele się zmieni.
- Sposób relacjonowania wojny przeciwko Iranowi, budzi chyba więcej wątpliwości niż sama wojna. Ilość fałszu produkowanego przy okazji jest gigantyczna. I co ciekawe, wiodącą rolę odgrywają tu rzesze różnej maści ekspertów i dziennikarzy, którzy - jedni świadomie, inni nieświadomie, ale jedni i drudzy całkowicie bezmyślnie - są prowadzeni przez wyraźnie już widoczne ośrodki. Jest tak nie tylko w Polsce. Wczoraj w Wall Street Journal ukazał się ciekawy tekst, w którym pokazane zostały metody manipulacji prowadzonej w amerykańskich mediach. Myślę że każdy kto cokolwiek wie o USA nie zarzuci, że WSJ to jest "tuba Trumpa", no i w ogóle, ze jest to czyjaś tuba. Tak, nie jest to nawet tuba "Żydów" - cokolwiek kto chce sobie pod tym terminem rozumieć.
Teks napisali: M. Penn, który był doradcą Billa i Hillary Clinton w latach 1995-2008 i S. Stein, który pełnił funkcję przewodniczącego Rady Miasta Nowego Jorku w latach 1986-93. Nikt im nie przypisze sympatii dla Trumpa. Piszą tak:
"W sprawie Iranu: czy tylko złe wiadomości nadają się do druku?
Strategia medialna jest w tej wojnie gorsza niż kiedykolwiek.
Dziennikarze mają prawo i obowiązek relacjonować złe wiadomości i kwestionować bezpodstawne doniesienia rządu USA. Wielu jednak zdaje się iść o krok dalej i kibicować Ameryce w porażce – z wrogiem, który jest największym na świecie państwowym sponsorem terroryzmu, który zabił tysiące nieuzbrojonych demonstrantów i zgromadził tysiące pocisków balistycznych, poszukując broni jądrowej, którą jego przywódcy obiecali użyć przeciwko USA i Izraelowi.
W dużej mierze brakuje nawet najbardziej podstawowych artykułów analizujących straty Iranu i losy jego rzekomych przywódców. Dlaczego? Wydaje się, że siłą napędową tych relacji jest stronniczość reporterska i determinacja Demokratów, by sprzeciwiać się temu prezydentowi bez względu na to, co zrobi. Zobaczymy, jak to się dla nich skończy."
2. Żeby była jasność - Penn i Stein nie przeszli na pozycje sympatii do Trumpa. Ale oni widzą, że USA wygrają ten konflikt i to będzie paliwo w wyborach jesiennych. Ostrzegają więc Demokratów i ich najmitów dziennikarskich i eksperckich, aby się puknęli zdrowo w swoje łby, bo za klika miesięcy republikanie ich za to zmiażdżą. Bo Amerykanie takiej zdrady wobec własnego kraju, jaka odbywa się właśnie teraz - co oni odnotowują - po prostu nie wybaczają.
3. Podobna obsesja jest widoczna w Polsce. Dla przykładu M. Magierowski, który był ambasadorem w USA, na wyścigi tropi dziś klęski Trumpa. W tym swoim zapale wymyślił nawet, że Trumpowi spadło poparcie poniżej 30%. W najgorszych dla Trumpa sondażach akceptacji, ma on 38 i 39% - oba w powiązanych z demokratami ośrodkach, które taki stan pokazują bez zmian od prawie roku. Uśredniowy poziom akceptacji dla Trumpa wynosi na dzisiaj 42,7 % - tyle samo ile miał Obama w tym samym momencie swojej drugiej kadencji. Kadencji nic nie robienia.
Magierowski żongluje faktami wpisującymi się w jego antytrumpowską obsesję i nie dostrzega, że stał się zakładnikiem przekazów podrzucanych przez tych, o których piszą Penn i Stein.
Na marginesie można się tylko zastanawiać, czy Magierowski zapadł na taką chorobę po powrocie z Waszyngtonu, czy może cierpiał na nią będąc tam. Ta druga opcja tłumaczyłaby wiele i to nie tylko jego misji w USA, ale także w Izraelu. Co powinni mocno przemyśleć liderzy PiSu i były prezydent, którzy wynieśli kogoś takiego do roli najważniejszego swojego dyplomaty.
4. Ale zostawmy Magierowskiego, choć oczywiście nie usprawiedliwia go fakt, że w tych swoich obsesjach pozostaje i tak ledwo zauważalny w tłumie podobnie, a nawet bardziej napalonych wrogów Trumpa. W tym wszystkim jedno jest również wspólne - i to skądinąd ludzie ci dzielą z "europejską elitą". Jest to kompletna niezdolność do "łączenia kropek". Ci goście na poważnie sądzą, że dzisiaj z każdej strony atakując Trumpa za Iran (a wcześniej Wenezuelę czy Grenlandię), mają jednocześnie "moralne prawo" do żądania od niego ochrony naszego bezpieczeństwa.
Można mieć na boku tych psychopatów, którzy kierując polskimi sprawami ciągle uważają, że w przypadku konfrontacji z Rosją pomoże na Unia Europejska, Niemcy, francuski "parasol atomowy" (hahahahaha) czy jakieś tam derSAFE. Nawet los tej "pomocy" dla Ukrainy ich nic nie nauczył i tylko w swojej naiwności bądź z uwagi. na wykonywane zadania, udają że w to wierzą. Że bezmyślnie łykają takie brednie niestety liczne rzesze współobywateli (bo trudno powiedzieć że Polaków), to od biedy też można zrozumieć. W końcu jest to rezultat lat ciężkiej pracy ludzi pokroju Nowackiej czy Lubnauer i ich poprzedników.
Jednak że tych prostych zależności (w logice to jest prosty ciąg: z A wynika B, z B wynika C, czyli z A wynika C) nie rozumie wielu innych - wydawałoby się normalnych ludzi. I to tylko dlatego, że podpowiada im to jakaś paranoiczna antyizraelska obsesja.
5. Trzeba więc przypomnieć jedno. D. Trump jest prezydentem USA do końca stycznia 2029 roku. Realizuje bardzo konkretny program - dokładnie opisany. Można go lubić lub nie, można nienawidzieć lub kochać, ale stanu tego nie zmienimy. W realizacji tego planu będziemy przechodzić przez wiele podobnych sytuacji. Te sytuacje sprawdzają wartość sojuszniczą. A to jest wartość, która jest dla nas krytycznie ważna. Bo USA - z Trumpem czy bez Trumpa - bez Polski sobie poradzą w każdej sytuacji. Ale Polska bez USA - czy to się komuś podoba czy nie - przez przynajmniej 10 najbliższych lat bez rzeczywistego sojuszu z USA nie przetrwa.
W tej sytuacji, znaczenie ma każde wypowiadane słowo, każdy gest. Zwłaszcza w sytuacjach, które są trudne dla naszego sojusznika.
Dlatego każdy, kto dzisiaj popisuje się pragnieniami klęski Trumpa czy Ameryki, jest po prostu największym wrogiem Polski niepodległej.
Źródło: Fb Grzegorz Gorski

